Do Kosowa przyjechaliśmy bez większych oczekiwań, ale już pierwsza wycieczka do Prizren pokazała nam, że to kraj, który potrafi zaskoczyć od pierwszej chwili. Miasto wyglądało jak pocztówka — kamienne mosty, minarety, rzeka przecinająca centrum i twierdza patrząca z góry na wszystko. Chodziliśmy wąskimi uliczkami, mijając piekarnie, pachnące burekiem i małe sklepiki. Prizren żył swoim rytmem: głośnym, kolorowym, pełnym ludzi i rozmów, które niosły się po całym centrum. Innym razem ruszyliśmy na wschód, w stronę Pejë. Krajobraz zmieniał się z każdym kilometrem — robił się bardziej surowy, bardziej górski, bardziej bałkański. Kiedy wjechaliśmy w kanion Rugova, poczuliśmy, że to miejsce ma swój własny charakter. Wysokie ściany skalne, wąska droga i rzeka biegnąca tuż obok tworzyły scenerię, która wyglądała jak z innego świata. W Pejë wszystko było spokojniejsze: klasztor Pećka Patrijaršija ukryty wśród drzew, czerwone freski i cisza, która nie potrzebowała słów. To było Kosowo w wersji bardziej kontemplacyjnej.
Najczęściej zwiedzanym miejscem była Pristina — stolica, która jest jak mieszanka wszystkiego naraz. Meczet obok katedry, stara biblioteka obok nowoczesnych kawiarni, a między tym wszystkim ludzie, żyjący szybko i intensywnie. Spacerowaliśmy główną ulicą, mijając napis NEWBORN, który wyglądał jak symbol kraju, wciąż szukającego swojej tożsamości. W powietrzu czuć było tę bałkańską mieszankę hałasu, zapachów i rozmów, które niosły się z każdej strony. Miasto pulsowało energią, jakby nie chciało ani na chwilę zwolnić. Pristina nie była klasycznie piękna, ale miała energię, której nie dało się pomylić z żadnym innym miejscem. Ostatnim miejscem była Graçanica — mała miejscowość, w której czas jakby zwolnił. Monastyr Gračanica, wpisany na listę UNESCO, stał spokojnie pośród zieleni. Freski były ciemne, głębokie, pełne historii, a w środku panowała cisza, która miała w sobie coś uroczystego. To było zupełnie inne Kosowo — bardziej serbskie, bardziej historyczne, bardziej skupione. Kiedy wracaliśmy, mieliśmy wrażenie, że zobaczyliśmy cztery różne światy w jednym kraju, a każdy z nich zostawił w nas coś innego.