Po południu ruszyliśmy na Viewpoints. Schody prowadziły przez zielone tarasy, aż w końcu dotarliśmy na Viewpoint 2, gdzie stanęliśmy przed panoramą, która zatrzymuje czas, dając oczom niezwykłe doznania. Dwie zatoki, dwa światy, jedna chwila, która zostaje w pamięci na długo. Po zejściu - spacer, światła barów, zapach jedzenia, wyspa w swoim wieczornym rytmie. Kolejny dzień spędziliśmy na wodzie. Łódź sunęła po spokojnej tafli, skały wyrastały z morza jak gigantyczne rzeźby, a zatoki Phi Phi Leh wyglądały jak kadry z filmu, którego nie da się nakręcić drugi raz. Snorkeling, ukryte plaże, światło odbijające się od fal. Powrót o zachodzie był jak miękkie domknięcie całego dnia — niebo zmieniało barwy, a wyspa powoli zanurzała się w wieczór. Zakończyliśmy wieczór, siedząc na tarasie ze szkłem w dłoni. Wyspa budziła się powoli, jakby chciała dać nam jeszcze kilka minut spokoju. Światło było ciepłe, łagodne, idealne na ostatni poranek. Speedboat ruszył, a Phi Phi znikało za rufą — najpierw plaże, potem wzgórza, aż została tylko mała plamka na horyzoncie...
Koh Lipe od pierwszej chwili miało inny charakter. Mniej hałasu, więcej przestrzeni. Tuk‑tuk prowadził nas przez wąskie uliczki, małe domki, palmy, bary z kolorowymi tabliczkami. Plaża przy hotelu była spokojna, cicha, a woda w morzu była tak czysta, że można było policzyć kamyczki na dnie. Pierwszy spacer po Sunrise Beach był jak wejście do nowego świata — szeroka linia brzegowa, łagodny wiatr, wyspa w swoim własnym rytmie. Wieczorem przechadzka po Walking Street — gwar, światła, zapachy i ta przepyszna kuchnia tajska... Wyspa budziła się powoli, a my razem z nią. Wschód na Sunrise Beach był pastelowy, spokojny, jakby świat dopiero się formował. Ruszyliśmy w stronę North Point. Plaża zmieniała się z każdym krokiem — najpierw szeroka, potem bardziej naturalna, aż w końcu weszliśmy w miejsce, które wyglądało jak wyspiarska galeria. North Point Beach: drewniane LIFE, napis „Have a Good Day”, hamak pod palmową wiatą, leżaki ustawione w równych rzędach.