Po powrocie z North Point, spacer do centrum: tuk‑tuki, domki, zielone ogrody, wyspiarskie życie w pełnej wersji. Popołudnie bez planu — kawa, plaża, drobne rozmowy, małe bary. Poranne śniadanie w hotelowej, drewnianej restauracji, umiejscowionej przy samej plaży, w tej scenerii smakowało jeszcze bardziej. Na pomoście czekały bean bagi — miejsce, w którym czas zwalnia do minimum. Woda przejrzysta, łodzie kołyszące się w oddali, mała wyspa na horyzoncie. Popołudnie spędziliśmy na kajakach. Skały, ryby, przejrzysta woda, światło odbijające się od powierzchni — wszystko miało w sobie moc, której nie da się pomylić z żadnym innym miejscem. Wieczorna kolacja była spokojniejsza, bardziej wyciszona, jakby wyspa wiedziała, że to nasza ostatnia aktywna noc. Ostatnie śniadanie przy morzu miało w sobie coś symbolicznego. Białe stoliki, łodzie w oddali, wyspa budząca się powoli. To był moment, który człowiek chce zatrzymać — choć wie, że nie może. Speedboat ruszył, a Koh Lipe zniknęło za rufą równie szybko, jak szybko upłynął nam czas na tej przepięknej wyspie, nazywanej Malediwami Tajlandii.
cdn...